Faktem jest, że rosół, to sztandarowe pierwsze danie, które gości prawie na każdym weselu. Króluje także na coniedzielnym obiadku u mamusi, rodzinki lub znajomych. Wiadomo jednak, że rosół rosołowi nierówny. Tak samo jak kura kurze nierówna. Jedna jest bardziej wypasiona, tłusta, sprytna i rezolutna, a druga słaba, wychudzona sierotka wiecznie poszukująca ziarna.

Czego zatem brakuje w weselnym rosole?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Prawdziwego, naturalnego smaku – podobnego jak w rodzinnym domu.

Poruszyłem temat rosołu, ponieważ będąc na wielu weselach jadłem, a niekiedy tylko próbowałem, bo nic innego z tym zrobić się nie dało… niestety. Mam tu na myśli polewki, które szumnie nazywane są „rosołem”. Jedne gotowane na kostce rosołowej Pana Knorra lub innego Winiara, jeszcze inne przesycone, niczym zdjęcie z Photoshopa, przyprawą w płynie (do zup, sosów i sałatek). Jeśli zobaczycie na weselu rosół w kolorze brązu, to na bank będzie to „coś” z butelki (pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to taka, że kucharzowi chyba spadła z półki do gara owa butelka). Gościom z racji grzeczności raczej nie wypada komentować, ale i tak każdy swoje ma w głowie.

Rosół jest jak pierwszy taniec Pary Młodej. Ma zrobić piorunujące wrażenie na wszystkich.